TRENER NIE JEST LEKTYKĄ

Z Magdaleną Czają, dyrektor Instytutu Metody Tippinga (www.metoda-tippinga. pl), trenerką Radykalnego Wybaczania, certyfikowaną lifecoach, praktykiem metody Byron Katie, i długoletnią kobietą biznesu – rozmawia Kama Barbara Scudder.

KS: Coraz więcej ludzi zaczyna interesować się rozwo- jem wewnętrznym, szuka pomocy u trenerów, coachów zamiast u psychologów. To moda czy znak czasów?

MC: Ludzie potrzebują wsparcia, rozmowy z kimś, a jednak wizyta u psychologa wciąż trochę kojarzy się z chorobą. Myślę, że kontakt z trenerem to coś pomiędzy „jestem cho- ry, potrzebuję pomocy”, a tym, że chcę z kimś pogadać, rozjaśnić sobie w głowie. Trener, zwłaszcza metod rozwoju osobistego, działa na nieco innym obszarze. Nie wymaga zrozumienia, dlaczego coś się dzieje, intensywnego grze- bania w przeszłości. Ważniejsze jest tu i teraz. Taką metodą jest np. The Work, czyli „Praca” Byron Katie, czy Radykalne Wybaczanie. W niej nie potrzebna jest wiara w cokolwiek, a jednocześnie daje narzędzie, dzięki któremu można inaczej spojrzeć na sytuację i uwolnić się od myśli sprawiającej ból.

KS: Gdy przychodzi klient, jakie ma oczekiwania? Czy jest gotów na zmianę w sobie?

MC: Bardzo różnie to wygląda. Są osoby, które przychodzą z czystej ciekawości i nie są gotowe wejść za głęboko w prob- lem. Uważam, że nikogo nie można otwierać na siłę, każdy ma swój czas. Jeśli kogoś mocno przyciskamy, ucieka! To naturalna reakcja. Zdarza się też, że wystarczy mały impuls  i nie potrzeba ciężkiej pracy. Są również tacy, których nigdy nie interesował rozwój osobisty, ale nagle na warsztatach poczuli, że są gotowi zajrzeć w głąb siebie. Są też osoby, którzy chodzą na różne warsztaty, nieustająco próbują cze- goś nowego, ale mają nieprzekraczalną granicę. Nie zrobią ani kroku dalej, bo boją się, że praca nad sobą będzie zbyt bolesna.

KS: Zwykliśmy patrzeć na życie jako na naszego kata, wszystko się wali, bo świat się na mnie uwziął. A może w chwilach dramatu warto przyjrzeć się sobie?

MC: Kobiety mają tendencję brania winy na siebie, za swoje i cudze błędy. Mówią: ”mogłam zrobić to lepiej, bardziej się postarać”. Mężczyźni często odwrotnie, wszystko wokół jest winne, nie oni. Emocja ta sama – poczucie winy, ale możemy albo oskarżać siebie albo projektować ją na in- nych. Dużo łatwiej wściekać się na kogoś, niż na siebie.  Tak na marginesie, twórcy wielu technik zachęcają właśnie do tego, by najpierw przyjrzeć się pretensjom do innych, ponieważ wybaczenie sobie jest dużo trudniejsze.

KS: Zajmijmy się konkretną techniką Radykalne Wybacza- nie Colina Tippinga. Wypełnia się arkusze, których pod- tytuł brzmi „przygotuj się na cud”. Ktoś wypełnia je pra- cowicie, ale cud jakoś nie chce nadejść…

MC: I tu wracamy do tego, w jakim stopniu ktoś jest gotowy do przemiany. Ja zrobiłam dosłownie jeden arkusz, przeżyłam go silnie emocjonalnie i byłam już gotowa zobaczyć pozorn- ie bardzo trudne sprawy w innym świetle. W konsekwencji wokół mnie zaczęło dziać się mnóstwo fantastycznych rzeczy i one były właśnie tym cudem. Mówi się, że piękno tkwi w oku patrzącego. Gdy inaczej spojrzałam na bolesne wydarze- nia, już nie czułam złości do mojego „kata“. Bo robił on coś, co było dla mnie darem, a wcześniej tego nie dostrzegałam. Moja złość rozpuściła się w zrozumieniu. Ale takie nagłe „od- puszczenia“ dzieją się rzadziej, najczęściej nasze emocje są jak cebula. Może się tak zdarzyć, że zdejmiemy jedną łupinę, a tam jest następna i następna. Coraz bliżej jądra, ale wciąż coś nas dzieli. Zdarza się natychmiastowe olśnienie, jak w moim przypadku, lecz zazwyczaj to jest ciężka praca z po- szczególnymi bolesnymi uczuciami. Dobrze, gdy klient jest gotowy i ma zgodę na to, że ulga może pojawiać się stop- niowo.

KS: Jak często klienci traktują różne metody rozwojowe jak magiczną różdżkę, zapłacę i ktoś posprząta mój bała- gan?

MC: Ależ to naturalne! Ja też idąc na sesję czy warsztaty na- jchętniej oczekiwałabym konkretnych wskazówek: „zrób to   i to, a od razu poczujesz ulgę i będzie pięknie”/ śmiech/. Mam oczywiście świadomość, ze może się tak zdarzyć, ale rolą trenera nie jest podanie recepty i gotowych rozwiązań.

KS: A jaka jest ta rola?

MC: Trener to nie lektyka. Raczej towarzysz w drodze, który zapyta co cię boli, dokąd chcesz dojść i pokaże kilka ro- związań. Ale nie powinien „zbawiać” za wszelką cenę! Częs- to może mu się cisnąć na usta „Co ty robisz? Nie widzisz,  że brniesz w ślepą uliczkę?”. Przykładowo dobry trener Radykalnego Wybaczania wie, że jego najważniejszym za- daniem jest widzieć doskonałość w kliencie i we wszystkim czego on doświadcza. Może tylko pokazać tło, sytuację, aż klient sam powie: tak, jestem na to gotowy i tego chcę! Z doświadczenia wiem, że gdy ta osoba z głębi serca sama

podejmie decyzję o zmianach, wtedy dzieje się cud, cały wszechświat zaczyna ją wspierać. Wiele rzeczy się pros- tuje, pojawiają się odpowiedni ludzie, sytuacje sprzyjają, czysta magia! Nigdy tak się nie stanie, jeśli trener pow- ie „zrób tak i tak”, ale nie będzie to suwerenną decyzją klienta. Dlatego też ja, czuję się bardziej drogowskazem na drodze klienta, niż magiczna różdzka /śmiech/

KS: Czy klienci mają skłonność do traktowania tren- era jak nadczłowieka? Ma dyplomy, przeszedł długą drogę, więc powinien już wszystko wiedzieć, mieć klucz do krainy szczęścia.

MC: Tak, zwłaszcza dotyczy to traktowania mężczyzn. Rozwojem głównie interesują się kobiety, jeśli więc tre- nerem jest mężczyzna, to nakłada  się  wiele  wątków. My kobiety potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa, a pan trener je daje. Klientki zaczynają patrzeć na niego   z uwielbieniem, bo jest taki mądry, nie pozwoli wpaść w przepaść. Rzadziej to widać, gdy coachem jest kobieta. Tu może chodzić o tradycyjne role społeczne, przecież głównie mężczyźni rządzą, dlatego klientki w sposób nat- uralny widzą w panu trenerze władcę, a nawet guru… W drugiej kobiecie niekoniecznie.

KS: Czy trener ma prawo do własnych kłopotów?

MC: Ha! I to jest świetne pytanie! Ludziom przychodzą- cym na sesję wydaje się, że trener nie ma już żadnych problemów. A ja uważam, że najlepszymi trenerami są osoby, które wiele przeszły, czy wciąż przechodzą. Po- trafią łatwiej się wczuć, zrozumieć czyjąś sytuację. Już nie oceniają, łatwiej akceptują cudze przeżycia. Czasem mam wrażenie, że trenerowi nie wolno mieć gorszych dni, żadnych kłopotów, bo w oczach ludzi trochę traci wiarygodność.

KS: Powinien mieć już wszystko poukładane…

MC: Właśnie, a ci najodważniejsi trenerzy mają naprawdę dużo ciężkich przeżyć na swoim koncie. Ważne jest tylko, jak sobie z tym radzą, bo to jest miarą wielkości trenera. Jeśli sami używają narzędzi, którymi posługują się na sesjach, to znaczy, że są prawdziwi w tym co robią. Do mnie często trafiają ludzie biznesu, jestem wobec nich prawdziwa, bo sama jestem w biznesie. Rozumiem kobi- ety, które mają wątpliwości, wciąż się zastanawiają czy są wystarczająco dobre na swoim stanowisku. Trener, który mówi, że nie ma żadnych problemów i wszystko zawsze układa mu się bajkowo nie budzi mojego zaufania.

KS: Na ile można się wczuć w cudze dramaty, czy koniecznie trzeba mieć na własnym koncie trau- matyczne przeżycia?

MC: Myślę, że kluczem nie jest ilość doświadczeń. Są ludzie, którzy po prostu mają naturalny dar wczuwania się. Dla mnie trener powinien być trochę jak detektyw, mieć intuicję, łączyć fakty, bo może podczas sesji o pracy trzeba zapytać np. o relacje z ojcem? To ma największą wartość, a nie sposób się tego nauczyć. Kiedyś miałam sesje z szefową marketingu. Rozmawiałyśmy o niej, jej relacjach z pracownikami, aż nagle przyszło mi do głowy pytanie o byłego szefa. Okazało się, że właśnie tam tkwią korzenie jej problemów. To było dla niej wielkie odkrycie.

KS: Doskonała intuicja..

MC: Tak, ale też często zadaję pytania, pozornie nie związane  z problemem, bo mam je we własnej bibliotece emocji. Ja coś przeżyłam w określony sposób, więc sprawdzam czy klient za- reagował podobnie. Jak mówi Byron Katie „my wszyscy przeży- wamy podobne rzeczy”.

KS: Stąd może być już tylko krok do tzw. projektowania własnych traum na klienta…

MC: Każdy trener jest świadomy, że coś takiego może się zdarzyć. Jednak im bardziej jest doświadczony, tym łatwiej po- trafi odsunąć siebie od całego procesu. Ci początkujący mogą swoje przeżycia przekładać na klienta i doszukiwać się u niego, trochę na siłę, własnych traum. A klientowi można coś zasuge- rować, ale nie wpierać. Bywa tak, że prowadzący widzi jakiś schemat, lecz klient może nie być gotowy na ujrzenie tego w sobie. Potrzebny jest takt, wyczucie, delikatność i szacunek dla klienta. Duże znaczenie ma też pokora, by zrezygnować z chę- ci naprawiania kogoś na siłę. A to kusi, zwłaszcza gdy dopiero zaczyna się pracować z ludźmi. Jeśli nie pamiętamy, że każdy idzie własnym tempem, możemy go złamać wewnętrznie i zniechęcić!

KS: Czy od trenera można się uzależnić? Ludzie latami bie- gają na kozetkę do psychoanalityka a tu?

MC: Oczywiście, że tak! Wielu psychologów mówi w pewnym momencie klientowi, że to już ostatnie spotkanie. Mój kolega 10 lat chodził do pani psycholog i to ona w końcu powiedziała: ”człowieku zacznij żyć samodzielnie!” To był dla niego dramat. Tak naprawdę można się uzależnić od wszystkiego. Również od coacha, jeśli oczekuje się od niego, że powie co robić, jak żyć. Jeśli trafi się na trenera, który się spełnia w roli Boga, powstanie związek drzewa i huby. Trener poczuje się wspaniały i niezastą- piony, a klient nie będzie się obawiał ryzyka, bo ktoś za niego podejmuje decyzje.

KS: Nie jesteś takim typem trenera. Gdy czujesz, że coś nie gra, odsyłasz klienta do kogoś innego?

MC: Tak, kiedyś po sesji stwierdziłam, że dużo lepszym trener- em dla tej osoby będzie mężczyzna. A koleżanka coach wysłała klienta do psychiatry. Trener powinien mieć czyste intencje i własny kodeks honorowy, nie brać pod uwagę tego, czy klient jest jego źródłem utrzymania. To wymaga odpowiednich war- tości i uczciwości.

KS: Jesteś trenerem i bizneswoman. Na ile ta wiedza przy- daje ci się w pracy zawodowej?

MC: To wspaniała sprawa! Pozwala mi wyjść ze świata ofiar, porzucić przekonanie, że ktoś chce  mnie  skrzywdzić,  zrobić na złość, albo że jestem w sytuacji bez wyjścia. Kiedyś trudne momenty mogły mnie zniechęcić, czułam żal, teraz szybko wy- chodzę z negatywnych emocji. Oczywiście, coś mnie zaboli,  bo jestem człowiekiem, ale sięgam po narzędzia, które oferują obie metody i widzę, że to nie przydarzyło się mnie, ale dla mnie. Dużo szybciej zauważam, co dobrego przyniosła mi choćby najtrudniejsza sytuacja. Wypełniam arkusz Pracy Byron Katie by przekonać się, czy to, co myślę o osobie lub sytuacji jest prawdziwe. A arkusz Radykalnego Wybaczania pozwala mi przypomnieć sobie, że wszystko nie przydarza się NAM lecz dla NAS! To zawsze przynosi mi wielką ulgę. Dzięki obu narzędziom zmieniam perspektywę i to dodaje mi skrzydeł.

Post a comment

Print your tickets